Masa ciała


Schudlam 9 kg, zostaly 4. Jestem szczesliwa. Czuje sie lekka jak piorko. I atrakcyjna. Widze, jak przyciagam meskie spojrzenia, chocbym miala na sobie znoszone dresy. We wszystkim co mam na sobie czuje sie pieknie i pena siebie. Chodze w spodnicach, bo wszystkie spodnie leca mi z tylka. Jednak z zakupem nowej garderoby wstrzymam sie jeszcze ze 2 kg :) Nie moge sie juz doczekac wyprawy na zakupy ciuchowe i wbicia sie w skinny jeans!
Wiem, ze spokojnie dotrwam do konca diety, pozniej wykupie diete stabilizacyjna. Przede mna jeszcze dluga droga, ale dla takiego samopoczucia warto ja przejsc:)
W przyszlym roku w wakacje wyjde na plaze w bikini i pierwszy raz w zyciu nie bede zawstydzona swoim cialem!
Wczoraj uswiadomilam sobie, ze pierwszy raz w zyciu tak wytrwale trzymam sie diety, tak zdrowo chudne i tak systematycznie cwicze. Od lipca schudlam 7kg! Zostalo mi jeszcze 6kg do celu i wiem, ze ten cel osiagne. To wszystko dzieki Vitalii i Wam, Waszym pamietnikom, paskom wagi, sukcesom. Zawsze bylo tak, ze jak schudlam kilka kg zaczynalam pozwalac sobie na wszystko, no bo przeciez schudlam to moge nadrobic. Teraz nadal mam motywacje bo mam cel i pasek wagi, ktorym go mierze :) Jestem taka szczesliwa, jestem lzejsza i czuje sie o wiele lepiej! Kilka dni temu wygrzebalam z szafy wszystkie te ciuchy, ktore lezaly i czekaly az kiedys schudne. Na pocztku roku zaczelam sobie wmawiac ze juz przeciez nie schudne, ze sylwetka po ciazy jest inna i nie uda mi sie juz wygladac tak, jak kiedys. A teraz mieszcze sie w te wszystkie ciuchy ktore nosilam na studiach!
Wrocilam z urlopu. Na szczescie jedzenie w hotelu nie bylo zbyt smaczne, wiec nie musialam sobie odmawiac pysznosci. W kazdym posilku jadlam bialka i warzywa. Czesto desery, ale tylko takie, ktore mi smakowaly. Jak nie smakowalo - zostawialam po jednym kesie. Obawialam sie spotkania z moja waga po powrocie, bo alkoholu sobie nie odmawialam i generalnie najadalam sie - a tu niespodzianka: schudlam 1,5kg :) Myslalam, ze pekne z dumy.
Ciesze sie bardzo i tylko boje sie, ze jak osiagne moja wymarzona wage nie bede potrafila jej utrzymac. Nie wiem, jak to sie robi..?
Dzisiaj mialam wazenie. Przez caly tydzien nie weszlam na wage, takiego mialam stresa po ostatnim razie. Nawet dzisiaj mi sie nie chcialo, prawie zapomnialam, ale.. spadek o 0,4kg... to prawie nic. To naprawde MALUTKIE kroczki. Ustawilam sobie diete na 0,9kg tygodniowo, ciekawe co by bylo jakbym ja miala na 0,7? Podlamuje sie troche. Diety trzymam sie bez zadnego problemu, posilki sa smaczne, nauczylam sie gotowac kilka fajnych dan, mam nowe pomysly na obiady i dzieki temu moje dziecko je bardziej zroznicowanie (inna sprawa ze jest niejadkiem i jesyne co chce jesc to parowki z ketchupem...).
Korci mnie zeby jesc mniejsze porcje, patrze na moje cialo i boje sie, ze NIGDY nie osiagne zaplanowanego wyniku, ze nie starczy mi determinacji, systematycznosci. Moze faktycznie powinnam ograniczyc porcje? Na wiecej ruchu nie mam czasu a i tak ruszam sie wiecej niz przez ostatnie dwa lata.. Nie wiem, co mam robic? A moze poczekac jeszcze ten tydzien i zobaczyc, czy waga jakos znaczaco drgnie do przyszlego piatku. A moze pic wiecej wody? Od kiedy odstawilam AquaSlim, bo glowa mnie bolala od tego specyfiku jak nigdy przedtem, nie pije tak duzo wody, jakos nie potrafie sie zmusic...
Ech no nie wiem co mam robic.. Robic swoje i czekac? To juz drugi tydzien walki z waga.
Pofolgowalam sobie w ten weekend troche. Piatek wieczor kolacja u przyjaciolki. Tlumaczenie, ze nie nie chce lodow ani ciasta na deser, ze tak juz sie najadlam i NAPRAWDE nie mam miejsca na wiecej.. A w sobote sushi zamiast obiadu z diety, ilosc kontrolowana :) Powiedzmy... No i wina popilam troche. Pozmienialo sie w moim organizmie. Widze, ze juz nie moge jesc wiekszych porcji, bo zaraz boli mnie zoladek. Bol jest okropny, jakbym dostala kopa w brzuch. I alkohol mi nie wchodzi. W barku od tygodnia stoi bateria polskiego piwa, a ja przechodze obojetnie. Wina ledwo ledwo. Za dwa tygodnie jedziemy na wakacje, pierwszy raz w zyciu wykupilam opcje all inclusive i widze, ze chyba za bardzo z niej nie skorzystam, jak tak dalej pojdzie!
Mlody wrocil z weekendu z tata.. Nie wiem co oni razem robili, ale placze za tata, teskni, ekscytuje sie na widok samochodu podobnego do tego, jakim jezdzi jego tata. Latwo byc dobrym tata raz na dwa tygodnie. Wiem, ze zrobilam dobrze odchodzac od niego. Minal juz ponad rok, mlody nie pamieta nas razem i nawet jak odwoze go do ojca mowi mi, ze mam sobie isc. Ja nie naleze do ich swiata, tak samo jak on nie nalezy do naszego swiata. A jednak widze, ze jest mu teraz ciezko. I nic nie moge zrobic, bo ile milosci nie dawalibysmu mu razem z Kochaniem - i tak nie zastapimy taty.
A wczoraj wybralismy sie w gory. Wykorzystalismy niedziele bez mlodego i wdrapalismy sie na okolo 500m. Trasa fajna, duzo wspinaczki, lancuchy i skalki. Po zejsciu na parking miesnie nog odmawialy nam posluszenstwa. Bola mnie dzisiaj wszystkie miesnie, to znaczy, ze zyje :)
Jutro oficjalne wazenie. Dzisiaj rano zrobilam probe generalna i co? I waga identyczna, jak byla tydzien temu.. Trzymam sie scicle diety, slodyczy nie ruszylam od trzech tygodni, biegam, a tu ani grama w dol :/ No i gdzie ja mam znalezc teraz motywacje?
Tydzien na SD minal, w piatek mialam pierwsze wazenie i otrzymalam czerwony slupek.. Bo zamiast wpisac prawidlowa wage czyli 59,8 wpisalam 69,8 .. Tak btylam skupiona zeby nie pozamieniac cyferek ze dodalam sobie 10kg..
Czemu takie rzeczy zawsze przytrafiaja sie mi?
Dzisiaj zaliczylam juz bieznie. To niesamowite jak kondycja poprawila mi sie w przeciagu tygodnia. W zeszly poniedzialek przebieglam 2km, ciezko bylo, oj ciezko. W srode bieglam 2,5, w piatek tak samo a dzisiaj bez problemu przebieglam 2,8. Chcialam 2,5 ale zalozylam sobie, ze bede biegac 20 min, a ze kondycja lepsza to nudzi mi sie na niskiej predkosci i podciagam sie powolutku. Motywacja jest nadal, chociaz ten czerwony pasek mnie troche zdeptal. Niby takie nic, pomylka moja, ale mail wyslany przeciez przez automat, ktory informuje mnie ze niestety nie osiagnelam celu.. Ehh bezcenny :/
W rozpisce diety podniesiono mi kalorycznosc posilkow do 1500. Mam nadzieje, ze to nie za duzo i ze przez ten moj glupi blad nie strace tygodnia. Dzial techniczny milczy jak zaklety. Moja Pani Dietetyk zreszta tez.... W kazdym razie nie jestem w stanie przejesc tyle, ile mi proponuja, wiec i tak pewnie zjadam mniej.
Sprawdzilam wczoraj obwody. W talii zeszlo mi 3cm, poza tym nic innego sie nie ruszylo... No nic, zmierze sie po miesiacu diety i biegania, wtedy powinno ruszyc tez dupsko.
Ale widze, ze moj brzuch powoli sie ujarzmia! Siedzi grzecznie w spodniach i nie wylewa sie, nie musze ciagle go wciagac, siedze w moich ukochanych jeansach wlasnie i nie mam dyskomfortu scicnientego brzucha. Ni9by to dopiero 3kg a jaka roznica.
Kochanie wkurza sie, kiedy odmierzam ilosci jedzenia. Mowie mu: Chcesz miec laseczke, to nie marudz. On mi na to: Ja juz mam laseczke.
Ech.. :)
No wiec zaczelam diete smacznie dopasowana. Dopasowana jest smacznie, to fakt. Zaskaskuja mnie male porcje, ale dzieki temu ze mam 5 posilkow dziennie nie jestem glodna. Na slodycze nie mam apetytu, ale to dzieki AquaSlim.
Dietke zaczelam w sobote i nagrzeszylam juz wtedy, bo wieczorkiem byl grill u znajomych, biala kielbasa z Polandu przywieziona i wino. Nie mam jakis specjalnych wyrzutow, poki co trzymam sie diety, nie mam potrzeby podjadania, nadal mam moja szalona motywacje. Faktycznie, do tej pory zastanawialam sie co robie zle. A tu prosze, co z tego ze jadlam zdrowo, jak wrzucalam w siebie ogromne ilosci jedzenia. Zawsze wszyscy zastanawiali sie jak to jest, ze taka malutka a zre jak stary chlop.. :)
Rano bylam na silowni, przebieglam 2,5km. Okazalo sie, ze nie moge przychodzic tak wczesniej, bo akurat miedzy 7:00 a 9:00 sprzataja. Co za niefart, jak juz sobie w glowie poprzestawialam ze rano jest fajniej niz wieczorem to sila wyzsza mi zabrania. Doprawdy, co za niefart! Teraz bede musiala przekonac siebie sama ze w porze lunchu fajniej jest isc pobiegac na biezni niz siedziec i plotkowac z kumpela przez 30 min:)