Bunt jajników i jatka werbalna zakończona konkluzją: "Sam sobie pierz, gotuj i rób zakupy!" Mąż zaczął od wizyty w Auchan. Coś kupił. Konkretnie cztery cosie na cały tydzień dla 5-osobowej rodziny. Wściekła, teatralnie otwieram drzwi lodówki, ironicznie i odpowiednio głośno syczę do Kacpra (bo przecież z mężem nie gadam):
- Nie widzę najmniejszego kawałka mięsa. Żadnych warzyw. Synu, ciekawe, co będziesz jadł jutro na obiad!
- O, jest resztka pasztetu. Jak się skończy, to zamiast zjem jedną z moich sióstr.