Dzisiejszy wpis będzie długi i monotonny.
Będzie traktował o mojej okrągłej, pierwszo-czwartej rocznicy związku.
Kto nie chce, niech nie czyta, będę przynudzać.
Ale jako, że skleroza mnie dopada, muszę wszystko w końcu spisać.
Był późny listopad.
W domu kultury miał odbyć się koncert
Kombajnu do zbierania kur po wioskach.
Poszłam tam z moim byłym, z którym mieszkałam
i ze znajomymi.
Zresztą, w tak małym mieście,
wszyscy przedstawiciele rasy punkowo metalowej się znają.
W tłumie znajomych, no cóż, był sobie chłopak.
Bardzo przystojny zresztą.
W jeansach, zielonej koszulce z che,
lekkim irokezem i z powycinanymi po bokach głowy runami.
I naprawdę, na pierwszy rzut oka pomyślałam,
kurdę, taki facet mógłby być moim mężem.
Przetańczyliśmy obok siebie cały koncert.
Okazało się, że on i jego tato są organizatorami.
Zaprosiłam go do siebie na afterparty, ale nie mógł iść.
I tyle go widziałam.
Pamiętałam imię, i wrażenie, jakie na mnie zrobił.
Ale miałam dość napaprane w życiu po związku z byłym.
W dodatku, właśnie się pokłóciłam i niby zakończyłam znajomość
z kolesiem, którego opisywałam kilka wpisów poniżej, jako
wielką miłość mojego życia.
Kilka tygodni później, spotkałam go przypadkiem na ulicy.
Akurat z moimi dalszymi znajomymi szedł na wino na wyspę,
ja z niej wracałam.
I tak to wyglądało, ciągle się mijaliśmy.
Potem były walentynki, poszłam z kumpelą.
On był tam z siostrą mojej kolejnej kumpeli.
Myślałam, że są razem, chociaż na wstępie coś tam do mnie zagadywał.
Jak się później okazało, był pijany w trzy dupy ;-)
A ona go pilnowała, żeby nie narobił sobie przede mną siary.
Pamiętałam tylko imię, nic więcej nie wiedziałam.
I pewnego dnia, czytając gazetę, znalazłam go wśród organizatorów jakiejś imprezy.
Odszukałam go na naszej klasie.
Nie miałam wtedy internetu, więc siedziałam w bibliotece.
Prowadziliśmy jakieś śmieszne podchody.
Ja dałam mu numer telefonu, on mi- gadu gadu.
Wszystko byłoby okej, gdyby nie mój brak internetu,
a jego- brak telefonu.
Chwilę później wykasował konto z nk, więc kontakt zniknął.
Miała być impreza, 29. lutego, imieniny pewnej szychy.
Mieliśmy się poprzebierać.
Laski, wystroiły mnie uhuhuuh.
W sumie nic takiego, przebrałam się na niebiesko.
Ale mejkap, włosy, wszystko jak ta lala.
Śmiały się, że coś się wydarzy i muszę wyglądać pięknie.
Po latach przyznaję, wyglądałam jak wieśniara.
No i poszłam.
On zobaczył mnie na wejściu, i od razu do mnie zagadał.
Otoczyli nas znajomi, ale wszyscy się ulotnili.
Zagadał tylko 'cześć, słuchaj, ponoć mamy robić razem jakiś projekt?'
'tak? nie wiem o co ci chodzi.' (naprawdę nie wiedziałam).
Pogadaliśmy z 10 minut na dworze, po czym zeszliśmy na salę.
Ja poszłam do swoich znajomych, on gdzieś siedział.
Podeszłam do niego po godzinie czy dwóch.
Rozmowa, wyglądała co do słowa tak
-Co tak sam siedzisz?
-A tak. Założę się z Tobą o wino, że nie zjesz 100 paluszków w ciągu minuty,
jeśli siłą woli przebijesz ten balonik wiszący tam na końcu sali.
- Eeee?
-Zakładasz się, czy nie?
- Dobra, to chodź na to wino.
I poszliśmy.
Na imprezę, nie wróciliśmy.
Kupiliśmy wina, zahaczyliśmy o mc.
Tam, najpierw siedzieliśmy do zamknięcia,
a później do 4 nad ranem w zjeżdżalni.
Nigdy mi się z nikim tak nie rozmawiało.
Rozmawialiśmy o rzeczach o jakich rozmawiałam
tylko z R.
Zupełnie obcemu człowiekowi, opowiedziałam całe swoje życie.
Leżeliśmy, a w zjeżdżalni była dziurka,
przez którą było widać gwiazdy.
I on powiedział, że to nasz wspólny kawałek nieba,
właśnie tu.
Chwilę później mnie pocałował.
W tej zjeżdżalni wylądowaliśmy, bo lało.
I lało do samego rana.
Poszliśmy do mnie, bo nie miał gdzie spać.
Więc spał u mnie, ze mną.
Ale do niczego nie doszło, pocałował mnie tylko na dobranoc.
Rano zapytałam, czy wszystko jest okej.
Jednak moralniak mnie dorwał.
A on odparł, ale że co miałoby być źle.
Jestem w Twoim mieszkaniu,
w Twoim pokoju
w Twoim łóżku,
w Twojej koszulce i spodenkach,
obok Ciebie, mam Cię w ramionach,
co niby miałoby być źle?
Padłam z wrażenia.
Zawsze leciałam na tak biedne teksty.
Mieliśmy iść na czekoladę, musiał czekać na transport do domu.
Kiedy wychodziliśmy z klatki, od razu wziął mnie za rękę.
Tak o, po prostu.
I tak sobie chodzimy po dziś dzień.
Dodam, że gdy wracaliśmy, moje kumpele wynajmujące mieszkanie w klatce obok,
zadzwoniły, i tak wrzasnęły przez telefon, że biedny Luby się przestraszył,
jeszcze echo z korytarza, no pomyślcie sobie.
Dopiero później okazało się, że jego brat jest ciężko chory,
że jego ojciec nie żyje, że próbował popełnić samobójstwo.
Pisał za to piękne wiersze,
opowiadał mi na dobranoc bajki o aniołach.
I pachniał, tak niesamowicie.
Przez cztery lata, blask w jego oczach nie zasłabł.
Z moimi, bywało gorzej.
Czasem się zastanawiam, czy to ma sens.
Dlaczego, jak już z nim byłam, nie zostawiłam go,
dla kolesia, który był największą miłością mojego życia,
i chciał ze mną być, a ja po 6 latach czekania,
odmówiłam.
Dlaczego zdecydowałam się być z chłopakiem bez wykształcenia,
bez liceum, praktycznie bez perspektyw.
Z kimś, kto tak strasznie odbiega od wizji mojego księcia z bajki.
Z kimś, z kim życie, nie będzie usłane różami, nie będzie łatwe.
Ale za to z kimś, kto kocha mnie całym sercem.
"I wtedy pomyślałem , że na świecie są rzeczy wielkie i że wspaniałe jest to, że po latach chodzenia boso przychodzi jednak taki dzień, kiedy człowiek może założyć buty i nie bać się, że idąc po ziemi zostawia na niej swój ślad."
{Kapuściński}
(na tym zdjęciu byłam bardzo szczupła, i miałam mega fryz,
ani bycia szczupłym, ani fryzu, nie udało mi się powtórzyć :P )