cancri

kobieta, 22 lat,

173 cm, 68.00 kg więcej o mnie


Postanowienie wakacyjne: Przebiegnę maraton

Postępy w odchudzaniu

Najskuteczniejsze odchudzanie w Polsce.

Wpisy

Herr Arzt.

22 maja 2012 , Komentarze (32)

Byłam dzisiaj u lekarza.
Dowiedziałam się,
że mam alergię, i podejrzenie astmy.
Że moja tarczyca nie funkcjonuje prawidłowo.
I nauczyłam się nowego słowa.
Melanom.

Po polsku- czerniak.

Ryczałam całą drogę do domu,
poszłam do lekarki, do której miałam skierowanie.
Tam dowiedziałam się, że muszę czekać do końca kwartału na nowe terminy.
A najbliższy wolny, to sierpień.

Jutro mam prezentację, na którą nie mam nic.
Ale to chyba mniej ważne.

Wyrok jeszcze nie zapadł.
Na razie jakieś tam podejrzenia.
Badań wycinka póki co nie było.

Ale jakieś dwa miechy temy pani onkolog mówiła,
że nie ma powodów do niepokoju.
Ale również lepiej wyciąć cholerstwo,
dla świętego spokoju.

Boję się- nie boję się.
Może póki co niezbyt w to wierzę.
Mimo, że mam obsesję strachu przed śmiercią.
Wiem, że pieprzyka mam od urodzenia.
I wiem, że to uaktywnia się genetycznie.
Zawsze bałam się, że załapię chorobę ze względu na odżywianie się,
na wieczne niedobory, złą żywność, brak połowy witamin.
Tu wiem, że nie mogłam nic zrobić.

Dodaj komentarz

Niemiła choroba

20 maja 2012 , Komentarze (20)


Dzisiejszy wpis, będzie nieco nostalgiczny.
Wczoraj próbowałam dodać trzy razy,
i trzy razy mi się zawiesił komputer.

Co do Lubego, jest dobrze.
Ma dyskopatię, przepuchlinę przy kręgosłupie,
i do tego problemy z rwą kulszową,
od dwóch tygodni jest na bardzo silnych zastrzykach i lekach.
I dlatego też, jest taki nieznośny.
Teraz nie pojechałam do niego na weekend,
i już bardzo tęsknię.

Wczoraj to opisałam, dzisiaj mi się już nie chce.

Ostatni tydzień był masakryczny, znów się nie wysypiam,
znów nie jem ładnie.
Ale byłam na basenie, na siłowni.
To wszystko przypłaciłam chorobą.

Wczoraj dowiedziałam się też, że mojej cioci
wycięli prawie cały żołądek.
Ciocia, ma 66 lat, to siostra mojej babci.
Ciocia jest wysoką, szczupłą kobietą,
mimo wieku.
Rodzice z babcią pojechali do niej, mieszka jakieś 70 km od nas.
Mama pisząc mi, napisała coś, co rozłożyło mnie na cały dzień.

Jak ją zobaczyłam, nie chodziło mi po głowie nic innego, jak tylko,
że tato tak wyglądał, a pięć tygodni później już nie żył.

Kiedyś próbowałam siebie oszukać, że nie ma problemu raka w mojej rodzinie.
Gówno prawda, w mojej rodzinie, wszyscy po kolei, na raka umierają.
Fakt, że dopiero w podeszłym wieku.

A ja?
Ja też umrę.
I patrząc po tym, jak się odżywiam połowę życia,
pewnie szybciej, niż mi się wydaje.

Dlatego wczoraj obiecałam sobie, że w końcu to zmienię,
że muszę zacząć o siebie dbać.
Że jakość mojego życia, zależy tylko ode mnie.

I wiecie co pomyślałam, 
że ciocia na święta przysłała mi wełniane rękawiczki z dwoma palcami.
Luby jedną od razu zgubił.
I że zawsze robiła mi skarpetki na drutach.
A ja nie wiem, czy kiedykolwiek wysłałam jej kartkę z wakacji.
Zresztą, nikomu nie wysyłam.

***

Choroba mnie rozłożyła,
na tyle skutecznie, że przegapiłam termin prezentacji,
mam dwie w tym tygodniu, a myślałam,
że jedną tydzień później, i nic na nią nie mam...

Byłam też wczoraj w hm.
Mierzyłam sukienki, aż w końcu kupiłam taką kobaltową.
Płakać mi się chce, bo wyglądam, jak wieprz.
Zrobiłam nawet wczoraj zdjęcia, ale co wsadzę kartę do kompa,
to mi się wszystko zwiesza.

Sukienka jest taka:


I mam w niej mega wielkie piersi.

Nie wiem, co jeszcze napisać.
Muszę się wykąpać, i brać za projekt.
Jest dopiero rano, a ja już na oczy nie widzę.
Już za dużo tego wiecznego siedzenia przed kompem.

Właściwie, to cały weekend siedzę sama,
i odezwałam się tylko do ekspedientki w sklepie,
i chłopczyka, który kopiąc piłkę przed naszym blokiem
poprosił, aby nie zamykać drzwi, bo nie będzie miał jak wejść.

***

Mój plan żywieniowy jest taki,
że przestaję w trybie natychmiastowym jeść wszelakie
batony, chipsy, makdonaldy, frytki.
I, co najważniejsze- przestaję pić colę.
Przestaję też namiętnie zamawiać pizzę.

A resztę, się zobaczy,
wyjdzie w praniu.

Zaczęłam też robić a6w, ale na drugi dzień już zapomniałam,
że trzeba ćwiczyć :P
Brzuch, to teraz moja największa zmora.
Zresztą cała wyglądam jak zmora.

Dodaj komentarz

Powrót słonia.

3 maja 2012 , Komentarze (37)

Miało mnie nie być zdecydowanie dłużej.
Wczoraj pojechałam do Zielonej Góry na imprezę z przyjaciółkami,
które widuję raz na ruski rok.
Po turbulencjach, dojechałyśmy wszystkie, oprócz jednej,
która wybrała lans w Poznaniu.
Amen.

Przy laskach, które są maksymalnie szczupłe, długowłose i odstawione,
czułam się jak słoń w składzie porcelany.

Dlatego mówię DOŚĆ.
Nie mogę już tyć.
Ważę około 75 kg, nigdy w życiu tyle nie ważyłam.
Kiedy jechałam na imprezę okazało się, że nie mam w czym jechać,
bo wszystko jest za małe.
Wszystkie letnie koszulki pękają w szwach, sukienki szkoda gadać,
nawet krótkie spodenki musiałam sobie kupić.
Poleciałam na szybciora do h&m po jakiś imprezowy zestaw,
ale we wszystkim wyglądałam dosłownie tragicznie.
Mam tak wielki brzuch, jak nigdy w życiu.
i on mi ciąży.
Garbię się, i wyglądam jak prosię.

To naprawdę, okropne uczucie.
Przez ponad 2 miesiące nie chodziłam na siłownię,
to się trochę przyczyniło do mojego teraźniejszego stanu.

A mam ochotę biegać!
Co lepsze, rok temu zgubiłam sensor nike +.
Na weekend mama wyprała mi buty do biegania,
i po praniu okazało się, że sensor... był w bucie!
A sprawdzałam chyba z milion razy!

To znak, to ewidentny znak,
że cały Wszechświat jest ze mną.

Nie będę gruba.
Już nigdy.

Widziałam zdjęcia z imprezy, wyglądam jak prawdziwe monstrum.
Mam mega okrągłą twarz, drugi podbródek.
nie przejmowałam się tym nawet na impreze klasowej (ja plus kumple),
kiedy to moi kochani zgodnie stwierdzili, że zmieniam się w rasową Helgę,
a mój drugi podbródek naprawdę ładnie wygląda.

I naprawdę, odparłam im, że pociesza mnie fakt, że sa ode mnie grubsi i brzydsi,
i że naprawdę się nie przejmuję.

I nie przejmowałam się kilka tygodni,
do momentu, w którym zawartość mojej szafy,
a raczej nieliczne, wręcz zerowe egzemplarze ciuchów, w które się mieszczę,
sprowadziły mnie na ziemię.

Co do ćwiczeń i planu, jest taki sam, jak na początku czy w połowie kwietnia,
dalej się wysypiam, chodzę na wykłady, staram regularnie jeść.
Zobaczymy, co to da.

Na pewno przechodzę na dietę, i na pewno żegnam się z dawnymi nawykami.

Efekty już wkrótce!

edit:

zakochałam się w torebce.
Jeżeli za każdy wzorowy dzień, będę wrzucać euro do skarbonki,
to może za sto lat na nią uzbieram...


Dodaj komentarz

70 km

15 kwietnia 2012 , Komentarze (17)

na rowerze dzisiaj przejechałam.
Miało być 30.
Nic już nie czuję.
Jola miała rację z siodełkiem,
a ja nie kupiłam póki co nowego,
i od połowy tyłek mnie dosłownie parzył,
ale w końcu wsadziłam szalik po tyłek, i jakoś poszło.

Dojechaliśmy do Polski,
kupiłam nowy TS ;-)
A teraz jestem w domu, i ruszyć się nie mogę.
Tzn. najgorzej z tyłkiem.

Po zakupie roweru jechałam na nim raz do babci jakieś 3 km,
tu do sklepu, i pod uni (2 minuty).

Więc sobie wyobraźcie.
Wracając pół miasta przeszłam z buta, żeby trochę rozchodzić,
a teraz muszę się porozgrzewać jeszcze,
chyba sobie trzasnę fitness vitalii.
Dodaj komentarz

Four years.

28 lutego 2012 , Komentarze (38)



Dzisiejszy wpis będzie długi i monotonny.
Będzie traktował o mojej okrągłej, pierwszo-czwartej rocznicy związku.
Kto nie chce, niech nie czyta, będę przynudzać.
Ale jako, że skleroza mnie dopada, muszę wszystko w końcu spisać.

Był późny listopad.
W domu kultury miał odbyć się koncert
Kombajnu do zbierania kur po wioskach.
Poszłam tam z moim byłym, z którym mieszkałam
i ze znajomymi.
Zresztą, w tak małym mieście, 
wszyscy przedstawiciele rasy punkowo metalowej się znają.

W tłumie znajomych, no cóż, był sobie chłopak.
Bardzo przystojny zresztą.
W jeansach, zielonej koszulce z che,
lekkim irokezem i z powycinanymi po bokach głowy runami.
I naprawdę, na pierwszy rzut oka pomyślałam, 
kurdę, taki facet mógłby być moim mężem.

Przetańczyliśmy obok siebie cały koncert.
Okazało się, że on i jego tato są organizatorami.
Zaprosiłam go do siebie na afterparty, ale nie mógł iść.
I tyle go widziałam.

Pamiętałam imię, i wrażenie, jakie na mnie zrobił.
Ale miałam dość napaprane w życiu po związku z byłym.
W dodatku, właśnie się pokłóciłam i niby zakończyłam znajomość
z kolesiem, którego opisywałam kilka wpisów poniżej, jako
wielką miłość mojego życia.

Kilka tygodni później, spotkałam go przypadkiem na ulicy.
Akurat z moimi dalszymi znajomymi szedł na wino na wyspę,
ja z niej wracałam.
I tak to wyglądało, ciągle się mijaliśmy.

Potem były walentynki, poszłam z kumpelą.
On był tam z siostrą mojej kolejnej kumpeli.
Myślałam, że są razem, chociaż na wstępie coś tam do mnie zagadywał.

Jak się później okazało, był pijany w trzy dupy ;-)
A ona go pilnowała, żeby nie narobił sobie przede mną siary.

Pamiętałam tylko imię, nic więcej nie wiedziałam.
I pewnego dnia, czytając gazetę, znalazłam go wśród organizatorów jakiejś imprezy.
Odszukałam go na naszej klasie.
Nie miałam wtedy internetu, więc siedziałam w bibliotece.
Prowadziliśmy jakieś śmieszne podchody.
Ja dałam mu numer telefonu, on mi- gadu gadu.
Wszystko byłoby okej, gdyby nie mój brak internetu,
a jego- brak telefonu.
Chwilę później wykasował konto z nk, więc kontakt zniknął.

Miała być impreza, 29. lutego, imieniny pewnej szychy.
Mieliśmy się poprzebierać.
Laski, wystroiły mnie uhuhuuh.
W sumie nic takiego, przebrałam się na niebiesko.
Ale mejkap, włosy, wszystko jak ta lala.
Śmiały się, że coś się wydarzy i muszę wyglądać pięknie.
Po latach przyznaję, wyglądałam jak wieśniara.

No i poszłam.
On zobaczył mnie na wejściu, i od razu do mnie zagadał.
Otoczyli nas znajomi, ale wszyscy się ulotnili.
Zagadał tylko 'cześć, słuchaj, ponoć mamy robić razem jakiś projekt?'
'tak? nie wiem o co ci chodzi.' (naprawdę nie wiedziałam).
Pogadaliśmy z 10 minut na dworze, po czym zeszliśmy na salę.
Ja poszłam do swoich znajomych, on gdzieś siedział.

Podeszłam do niego po godzinie czy dwóch.
Rozmowa, wyglądała co do słowa tak

-Co tak sam siedzisz?
-A tak. Założę się z Tobą o wino, że nie zjesz 100 paluszków w ciągu minuty,
jeśli siłą woli przebijesz ten balonik wiszący tam na końcu sali.
- Eeee?
-Zakładasz się, czy nie?
- Dobra, to chodź na to wino.

I poszliśmy.
Na imprezę, nie wróciliśmy.
Kupiliśmy wina, zahaczyliśmy o mc.
Tam, najpierw siedzieliśmy do zamknięcia,
a później do 4 nad ranem w zjeżdżalni.

Nigdy mi się z nikim tak nie rozmawiało.
Rozmawialiśmy o rzeczach o jakich rozmawiałam
tylko z R.
Zupełnie obcemu człowiekowi, opowiedziałam całe swoje życie.
Leżeliśmy, a w zjeżdżalni była dziurka,
przez którą było widać gwiazdy.
I on powiedział, że to nasz wspólny kawałek nieba,
właśnie tu.
Chwilę później mnie pocałował.

W tej zjeżdżalni wylądowaliśmy, bo lało.
I lało do samego rana.
Poszliśmy do mnie, bo nie miał gdzie spać.
Więc spał u mnie, ze mną.
Ale do niczego nie doszło, pocałował mnie tylko na dobranoc.
Rano zapytałam, czy wszystko jest okej.
Jednak moralniak mnie dorwał.
A on odparł, ale że co miałoby być źle.
Jestem w Twoim mieszkaniu,
w Twoim pokoju
w Twoim łóżku,
w Twojej koszulce i spodenkach,
obok Ciebie, mam Cię w ramionach,
co niby miałoby być źle?

Padłam z wrażenia.
Zawsze leciałam na tak biedne teksty.

Mieliśmy iść na czekoladę, musiał czekać na transport do domu.
Kiedy wychodziliśmy z klatki, od razu wziął mnie za rękę.
Tak o, po prostu.

I tak sobie chodzimy po dziś dzień.
Dodam, że gdy wracaliśmy, moje kumpele wynajmujące mieszkanie w klatce obok,
zadzwoniły, i tak wrzasnęły przez telefon, że biedny Luby się przestraszył,
jeszcze echo z korytarza, no pomyślcie sobie.

Dopiero później okazało się, że jego brat jest ciężko chory,
że jego ojciec nie żyje, że próbował popełnić samobójstwo.

Pisał za to piękne wiersze,
opowiadał mi na dobranoc bajki o aniołach.
I pachniał, tak niesamowicie.

Przez cztery lata, blask w jego oczach nie zasłabł.
Z moimi, bywało gorzej.
Czasem się zastanawiam, czy to ma sens.
Dlaczego, jak już z nim byłam, nie zostawiłam go,
dla kolesia, który był największą miłością mojego życia,
i chciał ze mną być, a ja po 6 latach czekania,
odmówiłam.

Dlaczego zdecydowałam się być z chłopakiem bez wykształcenia,
bez liceum, praktycznie bez perspektyw.
Z kimś, kto tak strasznie odbiega od wizji mojego księcia z bajki.
Z kimś, z kim życie, nie będzie usłane różami, nie będzie łatwe.
Ale za to z kimś, kto kocha mnie całym sercem.

"I wtedy pomyślałem , że na świecie są rzeczy wielkie i że wspaniałe jest to, że po latach chodzenia boso przychodzi jednak taki dzień, kiedy człowiek może założyć buty i nie bać się, że idąc po ziemi zostawia na niej swój ślad."

{Kapuściński}

(na tym zdjęciu byłam bardzo szczupła, i miałam mega fryz,
ani bycia szczupłym, ani fryzu, nie udało mi się powtórzyć :P )

Dodaj komentarz

Zaczynam doceniać to, co mam.

10 lutego 2012 , Komentarze (5)

W końcu.

Jeden dzień u Lubego uzmysłowił mi,
jak bardzo jestem niewdzięczna.

Nie byłam u niego od święta zmarłych,
i zapomniałam już, w jak tragicznych warunkach mieszkają.
Łazienka, jest jednym, wielkim grzybem.
Pokój siostry i małej w miarę wyremontowany,
duży, ze świeżo zamalowanym grzybem.
Dałoby się przeżyć, gdyby nie to, 
że farby starczyło na dwie ściany.
Sufit i te, które zostały białe, są w oklepanym stanie.
Dywan, siedzisko zarazków, nie jestem pewna,
czy od 15 lat ktoś go w ogóle wyprał.
Na podłodze syf, kiła i mogiła.
Meble, wypadałoby umyć, ale i tak przesiąkły wilgocią.

W połowie domu, nie ma prądu, bo jak wysiadły korki
które powstały jeszcze za Adolfa, to nikt ich nie potrafi naprawić.
Ale przynajmniej jest teraz ciepło, bo Luby cały dwuletni zarobek,
wydał na wymianę ogrzewania, i okna.

Zapomniałam już, jak wielki skarb posiadam.
Przez ostatni okres czasu złościłam się,
że tyle serca wkłada w ten dom, tyle pieniędzy.
Sama już nie wiem.

Siostra wynajmowała z chłopakiem stancję w mieście,
ale wiadomo, musiała się sama małą zajmować, gotować i sprzątać,
to i po miesiącu się jej znudziło, i wróciła na wieś.
Luby, jest wściekły, bo jedyne co dokłada się do prądu.
Nic nie posprzątane już od wieków, dom brudem zarasta
a mała bawi się na tym zagrzybiałym dywanie, jakby nigdy nic.
W łazience, brodzik od prysznica od ponad roku stoi na cegłach.

Nie dziwię się, że mój chłopak chodzi zły.
Z drugiej strony, remont tego domu, to jak walka z wiatrakami.
Ale siostra, ani jednego dobrego słowa nie powie,
babcia też tylko jęczy.

Chciałabym go stamtąd wyciągnąć, tylko jak?

Miał rację mówiąc, że jestem egoistką.
Tyle pieniędzy wydaje, żeby do mnie przyjechać,
a ja tego nie doceniam.
A mógłby za nie kupić cokolwiek, 
nowe ręczniki na przykład, bo te w domu podarte,
i aż szare z brudu i ze starości.

Tyle zawsze współczuje się ludziom mieszkającym w takiej biedzie,
a ja nie zauważyłam, że mam tę biedę obok siebie.
Nie doceniłam bransoletki za 170 złotych,
za którą mógł kupić tyle rzeczy do domu.

A przecież jak przyjeżdżam to wstaje,
idzie palić w piecu, żeby było ciepło i była woda.
Robi mi przepyszne omlety na śniadanie.
Gotuje obiad, podaje kolacje.
A ja?
A co ja tam robię?
Tylko się dąsam.

***

Piszę to, bo uzmysławiam sobie, jak cudownego człowieka mam obok siebie.
Nie doceniam tego, co mam,
pożarła mnie rządza posiadania tego, co najlepsze,
co najnowsze i niedostępne.

Nie wiem, jakim cudem on mnie jeszcze nie zostawił,
takiego nędznika i bezdusznika,
jakim jestem ja.

***

Dlatego chcę zmienić w sobie wszystko.
Nie chcę już być tym, kim się stałam.

Ksiądz przy spowiedzi powiedział mi, że
moja wiara jest egoistyczna.
Miał rację.
Kiedy się modlę, nie modlę się z wdzięczności dla Boga,
tylko ze strachu, z prośbami.
Modlę się za siebie, nie za innych.
Kiedy idę do kościoła to nie dlatego, że czuję taką potrzebę,
tylko boję się, że jak nie pójdę, to się coś stanie.

Moja wiara jest egoistyczna, pusta.
Dlatego takie samo było moje życie.
Egoistyczne, i puste.

***

Kupiłam dziś duuuży zeszyt.
Będę w nim notować wszystko, odnośnie diety i życia.
Ktoś mi powiedział, że czasem wypada odpuścić,
że i tak jestem nader ambitna, że i tak wyrabiam 300% normy.
Że nie można mieć wszystkiego.
Gówno prawda,
JA mogę.
Dodaj komentarz

plażowy mit + samouwielbienie.

6 lipca 2010 , Komentarze (25)

Najdroższe!

Nie wiem, od czego dziś zacząć.
Wczoraj pojechałam z dzieciakami na basen
do Nyon.
Najlepszy basen na świecie.
Baseny połączone z jeziorem,
do tego widok Alp i Mont Blanc w tle.
Cuda-wianki.
Korzystając z okazji położyłam się na brzuchu
na 20 minut.
I tak oto plecy mam całe czarne, a dupę białą
bo po 20 min chłopcy nie dali mi spokoju.
Przód też cały biały.
Muszę nad tym dzisiaj popracować.

Kiedy tak wkroczyłam na basen
pomyślałam: 
- cholera jasna, ale wstyd.
Po czym moje drogie, przeżyłam szok.
Na tysiąc kobiet, może ze dwie miały idealną figurę
reszta cellulit, rozstępy, zwisające biusty, nadwagę.
Podbudowało mnie to, wiecie?
Idealne laski żyją tylko w Photoshopowym świecie
całkowicie nierealne.

Wieczorem był koncert zespołu
syna Boba Marley'a
ale było nudno.
Mój przyjaciel, Ali, poleciał dziś na wakacje
do Iraku
więc była 'impreza pożegnalna'.
Ostro było.
Skończyło się na nagim pływaniu w jeziorze.
Ja nago nie pływałam, ale np. moja koleżanka
poważna 32latka już tak.
Ubrana była w kombinezon, i nie miała
niestety stanika, to i majtek się pozbyła.
Koledzy też na golasa.
W pewnym momencie podszedł do niej jakiś koleś
gdy tak siedziała jak ją matka natura stworzyła
i zapytał o ogień.
To znaczy chciał, dopóki nie zobaczył,
że jest naga. I spalił buraka, i uciekł.

Wczoraj też doszłam do bardzo ważnych wniosków,
kocham swoje ciało.
Tak, kocham.
Wiele razy myślałam,
że jestem beznadziejna, że
nie umiem trzymać diety
że za mało ćwiczę 
[to akurat kłamstwo],
że nigdy nie będę idealna
a rozstępów się nie pozbędę.

Nie wiem, jak to się stało,
może za sprawą dwóch Amerykanów,
którzy szli za mną wczoraj na dworcu
rozprawiając o moich nogach.
Tak, moje nogi są boskie!

I nie jest to samouwielbienie, bo tak.

Odchudzać się zaczęłam w październiku
na początku oczywiście z wielkim zapałem
i małą wiedzą.
Ale 

zaczęłam ćwiczyć.
Zmieniłam też sposób odżywania się,
mało złych tłuszczy,
regularne posiłki,
może nie za dobre przekąski,

ale wciąż.
Kto mnie zna, ten wie,
że jestem mistrzem planowania,
z którego nic konstruktywnego
nie wychodzi.

Ale mimo to, dziesięć miesięcy
takiego dietowego odbijania się od ścian
dało porządne efekty.

-skończyłam a6w dwa razy,
-jeździłam ponad 120 km na rowerze w terenie
-i w ogóle wszędzie na rowerze
-biegałam co dwa dni
-mniej pływałam
-skakanki unikałam jak ognia
-motyla ściskałam.

nogi były moim największym kompleksem.
teraz wymieniłam całą szafę, i została w niej tylko
jedna para spodni. same sukienki, spódniczki,
i szorty.

I teraz wiem, że było warto
choć zobaczyłam to dopiero teraz.

niczego w tym świecie nie osiąga się bez ciężkiej pracy,
a mi do pełni szczęścia brakuje Lubego, i cholernych 55 kg ;P
Dodaj komentarz

......

23 kwietnia 2010 , Komentarze (3)

halo halo

przed chwilą dodałam taki ładny wpis
ale net się popsuł 
i go wcięło.

no ale
więc dziś jest mnie jakby trochę mniej
tzn. talia od weidera mi się rozszerzyła
ale niedługo mam nadzieję, że wróci do normy
waga spadła do 59,5 kg
czyli też do normy.

cycki mi spadły kolejne 2 cm ;(
ale co tam, teraz są idealne ;D

wybaczcie, nie chce mi się wszystkiego pisać od nowa.

AKCJE KWIECIEŃ
[dziś/razem/cel]

1. poranne pajacyki-  1000 /3600
2. dynamiczne spalanie kalorii-  - /18 033/25 000 - do podliczenia
3. kwiecień bez słodyczy- 30520
4. 100pompek- /100
5. bieganie/ skakanka - 
6. a6w- 17/42
7. dietka- 
8. -3 kg do majówki
 /3
9. 1,5 l wody

spalone kalorie:

rower 10 min x 10- 103x10= 1030
120 min rower 1488
ping pong 30 min- 140
20 min badminton

total: 15 375+ 2658= 18033

[dziś/ostatnio/początek/cel]
wzrost: 171
waga: 59,5/62/59,7 /60,5-61 kg [cel: 55 kg] !!!
łydka: 37/37/ 3737 cm [35cm]
talia: 69/69 /6666 cm [60cm]
brzuch75/80 /72/ 79 cm [70 cm] !!!
uda: 53,54/55 /52 ???/49 i 51 cm ;P [45 cm???
szyja: 32/33 /32 /32 cm
biceps: 25/26 /25
/25cm [23 cm]
piersi: 90/ 
Dodaj komentarz